Serum long 4 lashes do rzęs – opinie zawiedzionej pacjentki

Jestem chyba przykładem typowej kobiety, która nie tylko lubi o siebie zadbać, ale też bardzo lubi gdy widać tego efekty. Zazwyczaj w swoim życiu kieruję się zasadą, w której staram się nie wystawiać jakichkolwiek opinii na temat danego produktu… Tym razem jednak stwierdziłam, że moją złotą zasadę muszę, co więcej powinnam odłożyć do lamusa, aby podzielić się moją historią, a co za tym idzie również opinią.

Od zawsze moim problemem były słabe rzęsy… Próbowałam jak tylko się dało uwydatnić je, poczynając od używania wydłużających i pogrubiających tuszy, poprzez poddanie się makijażowi permanentnemu na domowych sposobach kończąc. Jednak żaden, dosłownie żaden nigdy nie dał rady zadowolić mnie na dłuższą metę. Kiedy piękną firankę z rzęs zapewnił mi zabieg przedłużania rzęs zaszłam w ciążę. Była to radosna nowina, jednak wykluczyła całkowicie możliwość kontynuowania zabiegów. Po okresie ciąży, a następnie karmienia piersią stan moich rzęs pogorszył się jeszcze bardziej. Byłam załamana… Nie zadowolona ze swojego ciała, a rzęsy, które na tamten moment praktycznie u mnie nie istniały, były niczym gwóźdź do trumny!

Wtedy w desperacji, nęcona dobrymi opiniami i pochwałami, którymi przepełniony jest Internet sięgnęłam po odżywkę long 4 lashes.

Wydawało mi się wtedy, że 50zł to niezbyt wygórowana cena za moje dobre samopoczucie. Pełna nadziei i zapału zaczęłam używać serum na porost rzęs, przekonana, że tak wiele zadowolonych osób to nie może być przypadek. Minęła jedna noc, i druga, kolejna… i tak niewiadomo kiedy minął mi pierwszy tydzień stosowania long 4 lashes. Nie zauważyłam zmian, jednak nie chciałam się poddać tak szybko, przecież moje rzęsy od zawsze były byle jakie, na pewno wystarczy nieco więcej czasu. Co wieczór nakładając kolejną porcję odżywki wmawiałam sobie, że na pewno jutro zauważę efekty, na pewno następnego dnia coś się zmieni… Niestety. Po miesiącu stosowania nie było śladu po początkowym zapale i nadziei, pojawiło się za to coś nowego… podrażnienie. To ono w końcu sprawiło, że powiedziałam sobie dość!

Po raz kolejny zdołowana i przekonana o swoim beznadziejnym położeniu zaczęłam się godzić z faktem, że nigdy nie będę się cieszyła piękną oprawą oczu.

To właśnie wtedy największą podporą okazał się mój mąż. Kiedy zrezygnowana powróciłam do znanych mi już i nieskutecznych domowych sposobów na wzmocnienie rzęs (oliwa z oliwek, olejek rycynowy itp. babcine wymysły).

Otrzymałam od drugiej połówki mały pakunek, a w nim odżywkę Rzęsix.

Nieczęsto zdarza się mu kupować mi prezenty, toteż czułam się w obowiązku spróbować jeszcze raz, co więcej, spróbować raz jeszcze z zapałem.

Po pierwszym użyciu nie spodziewałam się cudów, właściwie… nie spodziewałam się niczego. Starałam się używać odżywki mechanicznie, nie zastanawiać się, nie analizować. Gdy po tygodniu użytkowania pierwszy raz spojrzałam w lustro zdziwiłam się. Efekty były naprawdę widoczne gołym okiem! Oczywiście nie było mowy o firance rzęs, jednak z moich powiek wyrastało wiele nowych włosków, które dawały mi nadzieję na to, że będzie lepiej.

Odżywkę aplikowałam regularnie, z namaszczeniem i starannością- przecież w końcu coś zdawało się działać!

Po kolejnym tygodniu nowe włoski zrównały się ze starszymi i po raz pierwszy w życiu moje oczy były naprawdę wyraziste. Po raz pierwszy w życiu poszczycić się mogłam własnymi, naturalnymi rzęsami. Pomimo, że z efektów zadowolona byłam już po dwóch tygodniach nie przestałam jej stosować i ku memu zdziwieniu efekt jest naprawdę lepszy i lepszy. Aż niewiarygodne, jak wiele można osiągnąć podczas regularnego stosowania.

Minął już prawie rok, od kiedy pierwszy raz użyłam odżywki Rzęsix i z całą pewnością mogę powiedzieć, że jest to mój ulubiony produkt. Kiedy zaszłam w drugą ciążę byłam przerażona, że historia znów się powtórzy… Na szczęście pod ręką miałam Rzęsix i jak na razie nie widzę najmniejszych oznak osłabiania moich rzęs. Jestem zachwycona, że można osiągnąć stan w którym jestem nie tylko dumną i spełnioną matką, ale też szczęśliwą i piękną kobietą.

Mam świadomość, że każda z nas jest inna i najprawdopodobniej każda z nas ma inne priorytety i wymagania co do produktów które używa. Mimo to, wydaje mi się, że każda z nas, niezależnie od tego po jaki produkt sięga chce osiągnąć jeden efekt- zobaczyć różnicę, dostrzec poprawę… no dosłownie powalić wszystkich na kolana!!! Ja powaliłam na kolana samą siebie, a to największe osiągnięcie! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *